- Jak się udał wyjazd? - pyta mnie przyjaciółka.
Waham się. Wymieniam spojrzenie z moim partnerem. On jest wyraźnie zaciekawiony, jaka będzie moja odpowiedź.
- Tak... 6 na 10. - wydaję wyrok. Nagle ziemia zaczyna się trząść i pochłania mnie niczym wygłodniały potwór. Z trzewi Ziemi wydobywa się niskie wołanie:
"Jak śmiesz, niewdzięcznico!"
Plan opierał się na trzech istotnych założeniach, które stworzyły ramę dla naszego wyjazdu:
- OKAZJA! W okolicy majówki mój partner mógł wydłużyć swój urlop, którego desperacko potrzebował
- MIEJSCE STARTU! Nasz kamper zimował na północy Szwecji, u mojego przyjaciela Rolfa (który jest starszym panem, niesamowicie inspirującym i barwnym człowiekiem)
- LIMIT CZASOWY! Przed 6-tym maja musiałam obowiązkowo wykonać przegląd kampera.
Przed wyjazdem dużo czytaliśmy o Lofotach na przełomie zimy i wiosny. Czytaliśmy o miejscach, które chcielibyśmy odwiedzić. Byliśmy wspaniale przygotowani! W teorii.

Nie wzięliśmy tylko pod uwagę tego, że Olsikowa lubi bić się w pierś z krzykiem „Ja nie dam rady? JA NIE DAM RADY?! To patrzcie, jaka ja jestem silna, samodzielna i niepokonana!”, czyli, że jest przykładem Atomówki, która została stworzona w wielkim kociołku z takich składników jak: upartość, optymizm, duma i… komuś omsknęła się ręka i wsypał do tego ziemniakowanie na kanapie pod kocykiem!!!
Innymi słowy: przeceniłam swoje możliwości.
Wyruszyliśmy z domu w Sztokholmie dosłownie dzień przed przyjściem wiosny. Na krzewach i drzewach już pojawiły się pąki liści, trawa prawie zaczęła się zielenić, gdzieniegdzie nieśmiało zakwitły drobne kwiatki. Ja, spragniona tych widoków, byłam głęboko niepocieszona powrotem do chłodnego klimatu, ale zachowałam pogodę ducha, gdyż początek wyjazdu był wspaniały: Dojechaliśmy do Skellefteå i zatrzymaliśmy się na parę dni u Rolfa. Tamte okolice zawsze napełniają moje serce szczęściem, bo czuję się, jakbym wracała do domu. W tym czasie spotykaliśmy się z przyjaciółmi, chłonęliśmy złote myśli Rolfa , jedliśmy pyszności we wspaniałym towarzystwie przy całodniowym ognisku, wygrzewaliśmy się w saunie.
Kiedy po tym wszystkim wykonaliśmy przegląd kampera, ruszyliśmy w dalszą trasę. Dojechaliśmy do Parku Narodowego Abisko na dalekiej północy Szwecji, leżącego w pobliżu granicy z Norwegią. Patrząc na śnieg do kostek, poczułam, że tutaj zaczyna się moja walka o przetrwanie.
Już wcześniej czysto teoretycznie poruszyłam z moim partnerem temat różnicy naszych granic wytrzymałości oraz tego, czy powinniśmy spędzać każdą sekundę tego wyjazdu razem. Kiedy więc po dziesięciu minutach spaceru w temperaturze -3°C stwierdziłam, że mam dość i zaproponowałam, byśmy się rozdzielili, mój Kamil nawet nie mrugnął okiem. Wiedziałam, że jemu takie warunki nie przeszkadzają, a bardzo zależało mu na zobaczeniu Abisko.

Wróciłam do auta, zawinęłam się w dwa śpiwory i koc, a on wesoło podreptał wgłąb śnieżnej krainy.



Po przekroczeniu granicy z Norwegią, wpadliśmy w jeszcze głębsze odmęty zimy.
Nie wiem, czy to ukryty masochizm, ale na tym etapie nie wpadłam jeszcze na myśl, że warto byłoby zmienić nasz pierwotny plan. Zakładał on, że po dotarciu do Norwegii pojedziemy jeszcze dalej na północ, by zobaczyć wyspę Senja. W efekcie pobyt w tym miejscu polegał na ogrzewaniu mojego tyłka w pokoju wspólnym na kempingu Skoghus i ogrzewaniu wnętrza kampera z użyciem kempingowego prądu.
Jedna noc i już byliśmy w drodze na Lofoty. Wreszcie powiedzieliśmy zimie „żegnaj”, choć wiosna nadal znajdowała się poza naszym zasięgiem. Można powiedzieć, że znaleźliśmy się w pogodowym czyśćcu, ale przestało to mieć większe znaczenie, gdy zobaczyliśmy na żywo te wszystkie góry, kręte drogi i skandynawskie domki. Lofoty zachwyciły.
Przybycie do tego miejsca poza sezonem zdecydowanie miało swoje plusy. Okolice wydawały się wyludnione, szlaki były prawie puste, pola kempingowe miały niższe ceny. Spędziliśmy tydzień spijając fantastyczność archipelagu na końcu świata. Zdrówko! Od tego aż może się zakręcić w głowie.




Żałuję, że nie miałam więcej czasu, by nacieszyć się tym pięknem.
Preferuję wolniejsze tempo zwiedzania, gdy jest czas na to, aby usiąść i rysować to, co widzę. Lubię stworzyć więcej wspomnień w jednym miejscu i w ten sposób nadać mu specjalne znaczenie. Na wyjeździe chcę mieć czas nie tylko na wędrówki, ale też na lenistwo i odpoczynek. Tym razem jednak nie mieliśmy tyle czasu, by pozwolić sobie na taki tryb. Wszystkie te dni połączyły się w mojej głowie w jedno, tworząc coś na kształt snu, w którym dużo się dzieje. Zainspirowało mnie to do stworzenia nowego plakatu, który w całości wykonany jest tylko jedną linią.
Przyznam też, że po opuszczeniu Lofotów byłam już tak spragniona wiosny i wyższych temperatur, że uknułam ominięcie paru atrakcji. Kiedy Kamil się zorientował, nie mógł przestać się ze mnie śmiać. Prawdopobnie kojarzyłam mu się z człowiekiem z pełnym pęcherzem, w popłochu szukającym toalety.
Z tej podróży wysnułam dwa wnioski:
- Lofoty są absurdalnie piękne
- Zanim pojedziesz w zimne miejsce, zaspokój pragnienie ciepełka i wiosennej zieleni.


Wszystko w swoim tempie, bez pośpiechu i uwaznoscią. Właśnie tak trzeba iść przez życie beż względu na ścieżkę która podążasz. With love!